Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś z niczego. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą coś z niczego. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Spod siekierki na salony

Dziś będzie o banalnym lampionie, który mocno zmęczony miał odejść w zapomnienie. Patrząc teraz na  niego można by rzec, że przeżywa swoją drugą młodość. Ja jednak wiem, że to już emerytura, ale zasłużona i spędzana w zacnym gronie.



Tytułowy bohater był na służbie w pięknym ogrodzie, gdzie przez wiele lat cieszył oczy swoich właścicieli . Niestety wiatr, deszcz, słońce i mrozy nie były dla niego łaskawe. Zniszczyły go i doświadczyły bardzo niemile. Na jego miejsce pojawiły się młodsze i ładniejsze egzemplarze. Silna depresja powoli dawała się we znaki i tak odsunął się w cień czekając swego końca.


Trafił do mojej pracowni w ciężkim stanie z marnymi szansami na przeżycie. Dłuższą chwilkę zapatrzyłam się na niego. Patrzyłam, patrzyłam, aż w końcu mówię : chłopie, bierz się w garść, będzie dobrze - obiecuję. 


Baba każe więc się poddaje, bo cóż mu pozostaje. Tu oderwałam, tam przykleiłam, co nieco posklejałam, trochę pogłaskałam papierem ściernym i rzuciłam nań farbę podkładową. Po długiej operacji złapałam szydełko, białe nici i zszywałam zdruzgotanego pacjenta  po przeszczepach.


Już po tych zabiegach poczuł się dużo lepiej i nabrał chęci do życia. Na finiszu cudownego ozdrowienia dostał ode mnie w prezencie  miętowy pastelowy odcień. 


Gdy wrócił do swojego domu troszkę się bał, że znów trafi na podwórko i noce będzie spędzał pod gołym niebem. Jakże był szczęśliwy gdy się okazało, że emeryturkę spędzi w salonie. Do tego jeszcze w towarzystwie skrzyni, którą de facto też ja zmalowałam, podobnie jak dwa mniejsze różowe lampiony. 


Pozdrawiam

środa, 12 kwietnia 2017

Coś z niczego

Wcześniej pisałam o moich renowacjach, dlatego dzisiaj chcę Was zainspirować do działania, i pokazać, że można zrobić coś z niczego. No może nie do końca z niczego, tylko z czegoś już niepotrzebnego. 
Dziś na tapecie mała trampolina. Trochę zardzewiała, bez osłonki na sprężyny, i bez kilku nóżek. Ponieważ ja nic nie marnuję, postanowiłam ją jakoś przerobić. Zmieniłam jej  funkcję. Teraz jest huśtawką, lub jak kto woli, bujanym namiotem.


 
Na początku zamysł był trochę inny, bo płótna miały się układać w trójkąt (jak wigwam). Później wymyśliłam, że wykorzystam gwintowane pręty, które wystają na belce konstrukcyjnej naszego domu. Pręty są dwa, więc obydwa chciałam zaangażować do mojego dzieła. W rezultacie wyszło nawet lepiej, bo przy takim rozwiązaniu jest więcej miejsca w środku. Poza tym huśtawka jest bardziej wytrzymała. Na wystające gwinty wkręciłam metalowe uchwyty, takie jak widać na zdjęciu poniżej. Na nich, za pomocą karabińczyków wieszam huśtawkę. Rozwiązanie jest o tyle dobre, że w każdej chwili mogę wszystko zdjąć.


Niestety pośpieszyłam się trochę z wycinaniem formy, i kiedy zmieniła mi się koncepcja, musiałam podoszywać trochę materiałów do tych tworzących trójkąt. Nie wygląda to może tak rewelacyjnie jakbym chciała, ale co tam, jakoś specjalnie mi to nie przeszkadza.


Żeby było ciekawiej i weselej, to postanowiłam zrobić okienko. Wszyłam kawałek sztywnego tiulu, ale z możliwością zasłaniania. Dzieciom bardzo się podoba mój pomysł, a to przecież najważniejsze.


Trampolina wisi na linkach, które przypalałam na końcach, bo się rozplatały. Zamiast wiązać supły, użyłam zacisków. Tak jest bezpieczniej, praktyczniej, no i estetyczniej.


Od środka w materiale zrobiłam tunele, przez które przeciągnęłam linki. Widać je tylko w górnej części.


Żeby było wygodnie siedzieć i żeby sprężyny nie upijały, to z małej dziecięcej kołderki wycięłam koło wielkości trampoliny. Na to, z małego polarowego kocyka coś ala narzutę. Od spodu wszyłam gumki, żeby naciągnąć całość na trampolinę.


Niestety nie miałam czasu wszyć suwaka, aby można było namiot zamknąć. W planach jednak jest. Może jak będzie płótno zdjęte do prania (bo jest taka możliwość), to wtedy się zmobilizuję.